Preludium

Królestwo Księżyca płonie. To, co niegdyś błyszczało posadzkami z białego marmuru i kolumnami z kości słoniowej, tej nocy przewraca się w zupełną ruinę. Pozostaje tylko popiół i łany wypalonej ziemi. Znikają piękne ogrody, urokliwe miasta – wszystko ogarnia ogień i wielkie zastępy jeźdźców śmierci przyodzianych w ciemne, błyszczące zbroje.

Złowroga armia posuwa się cały czas do przodu, bezlitośnie zabijając każdego, kto stanie im na drodze. Mężczyzna, kobieta czy dziecko – dla nich to i tak jest bez znaczenia. Mierzą surowym wzrokiem swoją ofiarę, wyciągają miecz z pochwy i jednym szybkim ruchem pozbawiają życia istotę, która tak naprawdę nie była niczemu winna.

To byli żołnierze bez dusz, bez serc. Ich jedynym celem w życiu było dotarcie do tego pięknego, śnieżnobiałego pałacu, który górował nad wszystkimi innymi zabudowaniami okolicy, zabiciu wszystkich jego mieszkańców i wzięciu wszelkich kosztowności, jakie by tam znaleźli. Ich jedynym pragnieniem była chęć stanięcia w chwale i popatrzenia z góry na tych, którzy nie chcieli się podporządkować ich pani. Nie przejmowali się nikim ani niczym. Kiedy któryś z nich zostawał ranny, żaden nie przychodził mu z pomocą. Zostawali go po prostu na zimnej ziemi pokrytej popiołem, aby w meczącej agonii dokończył swój nędzny żywot.

Nie, to już nawet nie byli ludzie…

Nagle, wprost z mgły, wyłania się mały oddział rycerzy w złotych zbrojach. Armia Księżyca. Lub to co z niej pozostało.

Rycerze w lśniących, złotych zbrojach pędzą ciężkim cwałem z mieczami uniesionymi wysoko do góry i pieśnią rycerską na ustach, gotowi umierać w obronie swojej ojczyzny. Ich dowódcy, kobieta i mężczyzna, jadą na przodzie, milczący i poważni.

Nagle wszystko zakrywa złowroga ciemność, a dwa wojska w końcu spotykają się na polu ostatecznej bitwy.

Szczęk stali.

Rżenie koni.

Ogień.

Spazmatyczne krzyki.

Wszędzie krew.

Otwierająca się ziemia, która w ciągu jednej sekundy pochłania połowę oddziału wroga.

Ale nawet osłabionych wrogów nie da się pokonać. Złota armia, spychana coraz bardziej w wszechobecną ciemność, nie poddaje się, chociaż mają już nikłe szanse. Bronią się dzielnie, nie zważając na kolejne rany zadane ostrymi cięciami. Walczą zaciekle do ostatniej kropli krwi, do ostatniego tchnienia, a kiedy już giną to tylko z uśmiechem na ustach – w końcu umierają w boju jak prawdziwi rycerze.

Armia Księżyca zostaje zdziesiątkowana. Zostaje tylko dwóch dowódców – kobieta i mężczyzna. Stoją oparci o siebie plecami, gotowi jak nigdy na ostateczny cios ze strony wroga.

Przegrali…

Ich ciała, złączone w uścisku, padają w tym samym momencie na ziemię. Zginęli razem i razem zostaną zagrzebani przez popiół. Na wieki.

Wojska ciemności powoli zbierają się do dalszej drogi. Zabierają broń i konie umarłym oraz dobijają tych, którzy leżą jeszcze żywi na ziemi. Po chwili ruszają w stronę pięknego pałacu, przygotowani na dalsze zabijanie i sianie zamętu.

– Dalej! Odwagi! Ku chwale naszej pani! – śpiewają razem.

Ich śpiew jest w pewnym sensie zapowiedzią tego, co dopiero nastąpi.


Księżyc zostanie splamiony krwią.

Oto przedsmak mojego wielkiego powrotu!

Laureatką konkursu przedmiotowego z geografii w końcu zostałam, więc teraz już tylko muszę się skupić nad egzaminami i nadrabianiem zaległości.

W ramach zadośćuczynienia za prawie rok niepisania postanowiłam pokazać Wam dość stary tekst, który przez naprawdę długi czas trzymałam na dysku komputera.

Madii

Znowu wracam, ale tylko po to, aby Was poinformować o tym, że znikam na dłużej. Zaczęłam trzecią klasę gimnazjum (szybko ten czas minął, co nie?), nauki jest jeszcze więcej, a i czasu mniej. Chciałabym prowadzić dwa blogi: ten i swój osobisty, taki prywatny. Rzecz w tym, że chciałabym jak najwięcej poświęcić czasu na naukę do olimpiad i egzaminów, ale wymaga to pewnych wyrzeczeń. Postanowiłam więc zrezygnować z tego bloga i zawiesić go tak do połowy kwietnia. Może wtedy coś ostatecznie zacznę pisać?

Do zobaczenia 🙂

Madii

End?

Czuję się jak debilka. Bo coś obiecuję, coś zaczynam, ale nie potrafię tego zakończyć. Tak jest z opowiadaniami. Zaczynam, mam wielkie plany, ale na tym się kończy. Napiszę kilka rozdziałów i koniec. I tak w kółko. Zastawiam się, czy tego nie porzucić i przenieść się na pisanie zwykłych miniaturek… A może spróbować jeszcze raz? Może tym razem się w końcu uda i napiszę coś w całości?

Kolejny rozdział był w przygotowaniu, ale oczywiście musiała u mnie wystąpić potężna blokada twórcza. Nie potrafię niczego napisać – nawet pisanie głupiej recenzji z polskiego idzie mi w ślimaczym tempie… Ech, zanosi się na to, że rozdział pojawi się dopiero wtedy, kiedy moja niemoc twórcza zniknie 😦

Madii

I’m back!

Witajcie!

W końcu wracam po bardzo długim czasie spowodowanym olimpiadami. Niestety, nie udało mi się zostać laureatką – czterech punktów zabrakło. Ech, spróbuję jeszcze raz w przyszłym roku… Pomimo jednak zwiększonej liczby godzin czasu wolnego nic tu się nie pojawi jeszcze przez najbliższy miesiąc, ponieważ mam dużo do nadrobienia w szkole 😦

Pozdrawiam

Madii

Rozdział II

– Wczoraj popołudniu północną dzielnicę Tokio nawiedziło słabe trzęsienie ziemi – mówiła speakerka telewizyjna znudzonym, monotonnym głosem. – Jak powszechnie wiadomo, tak słabe trzęsienia ziemi nie przynoszą większych szkód, jednak tym razem niespodziewanie wiele budynków zapadło się, a na ulicach pojawiły się pęknięcia dochodzące głębokością czasami nawet do 5 metrów. Wciąż trwa poszukiwanie ocalałych pod gruzami. Niestety, ratownicy odnajdują tylko zwłoki. Szacuje się więc, że pod koniec poszukiwań ofiar tego kataklizmu będzie około 50 tysięcy.

Mamoru jednak wcale nie słuchał prezenterki. Siedział z podkulonymi nogami na kanapie, kurczowo ściskając telefon w dłoni. Nie obchodził go los tych osób, o których mówiono w radiu, prasie i telewizji. Nie przerażał go dramat, który się tam rozegrał. Nie przejmował się sąsiadami, którzy albo płakali, albo z powodu swojej bezsilności wrzeszczeli i walili pięściami w ścianę. Od dwudziestu czterech godzin czuł się tak, jakby ktoś pozbawił go wszelkich uczuć. Jego umysł był pusty, nie kotłowały się tam żadne myśli typu „Co zrobić na obiad?” czy „Muszę poszyć skarpetki”.

Przed oczyma widział tylko jedną postać. Była szczupła i wysoka. Biegła przez łąkę z rozwianymi, ciemnymi jak noc  włosami. Jej ciemnoniebieskie oczy błyszczały z radości. W dłoni trzymała okazały bukiet margerytek. „Mamo-chan! Chodź tu do mnie!” – śmiała się, wirując pośród kwiatów.

– Kao-chan… – wyszeptał, odkładając telefon na bok. – Siostrzyczko, gdzie jesteś?

Nie wiedział. Rano spakowała  do torby kanapki, cmoknęła go w policzek, rzuciła krótkie „cześć” i wyszła z domu. Mamoru nie przeczuwał, że może zdarzyć się jej coś o wiele straszniejszego niż pała z matematyki czy angielskiego. Po prostu kolejny zwyczajny dzień szkoły, ot co.

Kilka godzin potem, dokładnie o 15:00, w telewizji państwowej przerwano wszystkie emitowane programy, aby nadać niepokojącą informację. Po chwili w biurze, w którym pracował, rozdzwoniły się wszystkie telefony. Nastał istny chaos.

– Co się stało?

– Trzęsienie ziemi w północnej części Tokio. Zawaliło się wiele budynków.

– Jak to możliwe? Przecież tutaj nie było nic czuć!

– Nie wiem.

– Jest już lista zaginionych?

– Nie, jeszcze nie.

Przez kilka następnych godzin ślepo wmawiał sobie, że Kao-chan wcale nie było w tamtej dzielnicy w szkole, że odwołano jej ostatnią lekcję i poszła z koleżankami do południowej części Tokio na zakupy. Wyobrażał sobie, że za chwilę jego telefon się rozdzwoni, na wyświetlaczu pojawi się imię „Kaoru” i, kiedy już odbierze połączenie, usłyszy delikatny i ciepły głos swojej siostry.

Telefon jednak milczał jak zaklęty, a wszystkie próby dodzwonienia się do Kaoru kończyły się komunikatem ze strony operatora: „Abonament jest obecnie poza zasięgiem.”

Ostatnia rzeczą, jaką zapamiętał, był plik dwudziestu kartek z nazwiskami zaginionych osób, które wydrukował któryś z jego kolegów z pracy. Z bijącym sercem przerzucał stronice, aż w końcu natrafił na literę C i dwadzieścia osób o  tym samym imieniu i nazwisku – Kaoru Chiba. „To nie musi być ona” – pomyślał wtedy, zarzucił płaszcz na ramiona i w ogólnym zamieszaniu pobiegł do swojego mieszkania w sąsiedniej dzielnicy. „Na pewno wróciła do domu” – dodał w myślach, próbując wykrzesać coś jeszcze z iskry nadziei, jaka nadal tliła się w jego sercu.  Zdyszany wpadł przez drzwi do mieszkania i już miał krzyknąć „Cześć!”, kiedy nagle zdał sobie sprawę, że nikogo tam nie ma.

Poczuł, jak coś się w nim łamie. Opadł na podłogę, bezsilny wobec tego, co się wokół niego działo. Po policzkach poleciały cierpkie łzy rozpaczy, a z gardła wydobył się szloch i imię Kaoru. Gdyby ktoś ze znajomych go w tej chwili zobaczył, nie umiałby uwierzyć, ze to właśnie on. Wszyscy znali go jako młodego mężczyznę, które dzielnie stawiał czoła wyzwaniom i z uporem podnosił się po niepowodzeniach i nieszczęściach. Nigdy nie widzieli, żeby płakał.

***

 – Anide, popraw mi krawat – powiedział do uczennicy, kiedy tak stali przed pięciometrowymi wrotami ozdobionymi kunsztownymi płaskorzeźbami. – Za chwilę rozpocznie się zebranie Rady i wtedy wejdziemy do środka.

Anide uśmiechnęła się.

– Doskonale wiedzą, że tu jesteśmy, prawda? – spytała się i, zmrużywszy swoje kocie ślepia, poprawiła chyba po raz setny tego dnia ciemnoczerwony, satynowy krawat.

– Wiedzą, Anide, i to już od rana – odparł, pedantycznym ruchem strzepując drobinki kurzu z mankietu swojej błękitnej koszuli.. – Wyobraź sobie, Anide, człowieka. Może to być mężczyzna. Jest przystojny, mądry i mocny w gębie. Tak… I jest prezesem jakiejś dużej firmy lub wysoko postawionym prawnikiem… Albo nie! Niech będzie ministrem! I, posłuchaj uważnie, Anide, nikt go nie szanuje i nikt mu nie ufa. Nie ma człowieka, który by na niego nie patrzył z pogardą.

– W takim razie jak mógł zostać ministrem, skoro nikt nie popiera go? – przerwała mu Anide.

– Wiedziałem, że zadasz to pytanie – odpowiedział po chwili zastanowienia, obdarowując swoja uczennicę najpiękniejszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek widziała. – Nie sądziłem jednak, że tak szybko dojdziesz do elementu, który nie pasuje do tej historii. Zazwyczaj moje uczennice orientowały się, ze taki błąd był dopiero, kiedy mijało co najmniej pięć tygodni od opowiedzenia im tej historii. Anide, nie sądziłem, że masz aż taki potencjał, ale w sumie… to jednak mogłem się tego spodziewać. Twoja krew jest zarazem za szlachetna i zbyt dzika, aby płynąć w żyłach jakiejś beznadziejnej dziewczyny. Wróćmy jednak do twojego pytania: jak mógł zostać ministrem? Hmm… Powiedzmy, że przypadkiem. Kiedyś wszyscy go lubili, popierali jego zdanie, więc wybrali go, aby był ich przedstawicielem w rządzie. Ale kiedy już objął to stanowisko i zaczął wcielać w życie plan zmiany świata najlepsze, to jednak nikomu się nie podobało to, co chciał zrobić. Dlaczego, Anide? Znasz odpowiedź?

– Myślę, że jego zamiary były sprzeczne z ich interesami i wartościami – odparła, przyglądając się misternym freskom wymalowanym na sklepianiu korytarza. – Dla nich zmiana na lepsze świata oznaczałaby zakończenie luksusowego życia, opływającego we wszelkie dobra. Musieliby zrezygnować z tego co najbardziej lubili, czyli z rzeczy grzesznych i niemoralnych. Kazałby im się zmienić, a ludzie, jak powszechnie wiadomo, nie lubią takich zmian.

– Doskonale, Anide – westchnął, ucieszony prawidłową odpowiedzią swojej uczennicy. Odkąd kilka dni temu powierzył jej wykonanie specjalnego zadania, zdecydowania trochę się uspokoiła, a na dodatek w końcu przestała się wokół niego kręcić. „Cyba powinienem ja częściej chwalić” – pomyślał przyglądając się ognistowłosej dziewczynie, które przed nim stała. Dlaczego dopiero teraz dostrzegał potencjał, jaki skrywała, oraz inteligencję, jaka drzemała w jej duszy? Nie miał pojęcia, lecz gdy na nią patrzył to miał dziwne wrażenie, że jest ona osoba wyjątkową, bez której nie uda mu się wygrać tej wojny, a nawet bitwy, która za chwilę miała się rozegrać za drzwiami Wielkiej Sali. – Ale wracając do tematu: nikt mu nie ufa, więc stopniowo odsuwają go od władzy. Co prawda nadal jest ministrem, lecz wszyscy za niego decydują i rozkazują mu, co ma robić, a on nie może wykonać jakiegokolwiek ruchu, który mógłby zmienić jego sytuację. I co dalej robią? Sądzą, że gdzieś na boku po cichu planuje jakieś świństwo, które mogłoby podciąć im skrzydła. Co więc robią? Zakładają podsłuch, rozstawiają wokół jego domu obserwatorów oraz wynajmują podejrzanych typków, którzy będą śledzić każdy jego ruch. Anide, jestem niczym ten minister. Kiedyś ja, bóg Losu, był jednym z najważniejszych członków Rady. Dzisiaj, choć oficjalnie mam bardzo dużą kontrolę nad losem Układu Słonecznego, to jednak muszę robić to, co oni mi każą. Nie mogę modyfikować rozkazów, jakie wydaję moim podwładnym. Ciągle mnie kontrolują, jednak jeszcze pozostał mi ten skrawek prywatności, którym jest mój pałac. Ale ja, w przeciwieństwie do jakże szlachetnego, ale uległego ministra, za ich plecami planuję coś wielkiego… Coś, co wszystko zmieni, zrewolucjonizuje cały Układ Słoneczny oraz uchroni nasz przed zagładą, która niechybnie zmierza w naszą stronę wprost z najmroczniejszych czeluści Galaktyki.

– Dlatego właśnie wiedza, że tu jesteśmy – wyszeptała Anide, błądząc wzrokiem po ścianach. Wydawała się być oszołomiona tym, co usłyszała. To było oczywiste, że nie spodziewała się takiej prawdy.

– Czy teraz, Anide, wiesz dlaczego powierzyłem ci to zadanie? – zwrócił się do niej.

Anide uśmiechnęła się.

– Rozumiem wszystko doskonale, mistrzu – odparła, a w jej oczach ponownie zabłyszczały te wesołe i nieokiełzane ogniki. – Lecz czy nie boisz się, że teraz, w tej chwili podsłuchują każde nasze słowo?

Położył dłonie na jej ramionach. Dziewczyna zadrżała, zaskoczona tym niespodziewanym kontaktem fizycznym.

– Spokojnie, Anide – wyszeptał, wkładając cały swój potencjał magiczny w ton głosu, aby zabarwić go nieskończonym ciepłem i opanowaniem. Zobaczył, jak moc Zaczarowanej Mowy powoli ogarnia płomiennowłosą i przenosi jej duszę w stan błogiej ciszy. – Nikt nas teraz nie podsłuchuje. Wszyscy w Wielkiej Sali są zbyt zajęci jakąś zażartą dyskusja, żeby zauważyć, że o czymś rozmawiamy. Anide, czy jesteś gotowa na to, co nas czeka za tamtymi drzwiami? – spytał, ściągając dłonie z jej ramion.

– Tak, mistrzu – odpowiedziała, podeszła do drzwi i nacisnęła masywną klamkę. – Jestem gotowa jak nigdy…

***

Przeszłam! Nie wiem, jakim cudem mi się udało, ale teraz to muszę naprawdę się postarać. Tak wiec blog zawieszony zostaje ponownie, tym razem do marca. Może w międzyczasie się coś pojawi, ale nie obiecuję 😦

Rozdział I

– Wyobraź sobie, Anide – wyszeptał szczupły mężczyzna siedzący na skraju wielkiego łoża. – Świat jest pełen ludzi. Różnią się od siebie kolorem skóry, włosów, językiem, kulturą i charakterem. Ale gdyby tak wybrać dwie przypadkowe osoby z tej ludzkiej gromady… Przypuśćmy, że byliby to chłopak dziewczyna. I wyobraź sobie teraz, Anide, że każdego dnia mijają się na ulicy, i że codziennie przy tej samej uliczce całkowitym przypadkiem stykają się ramionami, jednak ich spojrzenia ani przez chwilę się nie krzyżują. Jaki z tego wniosek wynika, Anide?

Kobieta uśmiechnęła się, a jej ciało gwałtownie wyprostowało się na stercie poduszek ułożonych na łożu. Podniosła głowę i  delikatnie przykucnęła niczym drapieżnik, który właśnie wyczekuje najlepszego momentu do zaatakowania ofiary. Po chwili była już przy mężczyźnie, chociaż mogłoby się wydawać, że w ogóle się nie poruszyła.

„Jest cholernie szybka… I dzika” – przeszło przez myśl mężczyźnie, podczas gdy Anide zarzuciła gwałtownie mu na szyję ramiona, oplatając go nogami w pasie. Po chwili poczuł, jak ostre pazury rozszarpują jego nienagannie białą koszulkę, a na lniane spodnie zaczynają spadać krople szkarłatnej krwi.

Anide była jego uczennicą dopiero od kilku lat, jednak nadal nie udało mu się ujarzmić kociej duszy, jaka w niej drzemała. Była dzika, szalona i nieprzewidywalna, a na dodatek ciągle za nim chodziła jak rzep, nieustannie dotykając lub obejmując jego ciało w nadziei, że w końcu zgodzi się pójść z nią do łóżka. „Nigdy tego nie zrobię” – postanowił sobie jednak twardo, kiedy pierwszy raz zobaczył ją w drzwiach swojej komnaty. Była wtedy zupełnie zdziczała – ogniste włosy w nieładzie, drapieżna postawa i ciemne oczy posyłające we wszystkie strony wrogie spojrzenia. Co prawda teraz była o wiele bardziej ułożona, ale nadal nie była kobietą jakiej pragnął.

„Jest piękna i zgrabna, jednak ja potrzebuję kogoś delikatnego i filigranowego, o urodzie stokrotki a nie wilczej jagody” – odpowiedział pewnego razu, kiedy któryś z członków Najwyższej Rady zapytał się go, dlaczego nie przyjmuje zalotów Anide. Strasznie irytowały go takie pytania. Podczas gdy inni nieustannie puszczali się z byle kim, on tak długo i starannie wybierał kochanki, aby były mu wierne przez całe lata. Nigdy jednak nie była to żadna z jego uczennic. Uważał za niestosowne utrzymywanie kontaktów fizycznych z kimś, kogo się nauczało. „Mistrz powinien być wzorem do naśladowania dla ucznia” – zwykł mówić na posiedzeniach Rady, jednak nikt nigdy nie brał jego słów na poważnie – jedni kpiarsko uśmiechali się pod nosem, a drudzy wybuchali bezczelnym śmiechem. Tak więc w bardzo krótkim czasie on, bóg Losu, stał się najmniej poważanym członkiem Rady, chociaż tak naprawdę bez niego żadne inne bóstwo nie posiadałoby sensu istnienia.

„Kiedyś pożałują tego, co…” – już miał wygłosić w swoich myślach jakąś głębszą wypowiedź, kiedy nagle uświadomił sobie, że musi wrócić do przerwanej lekcji. Strącił więc z siebie delikatnie  Anide i pozwolił, by z cichym pomrukiem spadła na wypolerowaną podłogę komnaty.

– Anide, ogarnij się w końcu… – westchnął, starając się by jego głos brzmiał jak najbardziej stanowczo. – Przed chwilą zadałem ci pytanie. Anide, czy znasz odpowiedź na nie? – spytał, spoglądając z wyczekiwaniem na uczennicę. Ta skuliła się na podłodze, pazurzastymi dłońmi obejmując kolana. W tej piękne, białej sukience z lnu wyglądała tak niewinnie… Wiedział jednak, że wystarczyła jedna mała iskra, by wzniecić w jej sercu żal nie do opanowania.

– Gdyby wszystko każdego dnia działo sie wokół tego samego scenariusza, to nigdy by nie spojrzeli sobie w oczy, a ich drogi nie zetknęły by sie ani na jeden moment – zaczęła, każde słowo podsycając czymś niemożliwym do określania. Czy może właśnie włączyła swój niesamowity urok osobisty? A może właśnie rzucała jakiś urok? Większość ludzi by taka mowa wprowadziła w zachwyt, jednak dla nie go nie było to nic niezwykłego. Gdyby tylko chciał, mógłby zrobić to samo, a może nawet wyszłoby mu to o niebo lepiej. – Wystarczyłaby jednak tylko mała puszka i niewinnie potknięcie i wszystko by się zmieniło. Ona prawdopodobnie wpadłaby na niego, a on ją by podtrzymał. Spojrzeliby sobie w oczy i… Dalej to nie wiem. W sumie to wszystko może się zdarzyć. Fala nienawiści. Blask przyjaźni. Żar miłości. Wszystko to zależy od ciebie, prawda?

Spojrzał na nią z dumą w oczach.

– Tak, Anide, masz rację – odparł, zmieniając podartą koszulę na nową, która tym razem była jasnoniebieska. – Mogę zrobić wszystko. Mogę bawić się ich losem. Mogę zmienić ich życie w ziemski Eden lub w koszmar bez wyjścia. Mogę dla kaprysu zabić kogoś ważnego dla nich. Dla mnie to tylko zwykła zabawa na odstresowanie się. Oczywiście już od dawna się w to nie bawię. Jestem zajęty ważniejszym sprawami – a to zebranie Rady, a to kolejne bezsensowne obwieszczenie jakiejś podrzędnej wyroczni, która myśli, że jest najmądrzejsza na świecie i może przewidzieć przyszłość. Pff! Cóż za myślenie! Jak nicy może wiedzieć, jaka będzie przyszłość, skoro mogę ją jednym pstryknięciem palca zmienić? Wróćmy jednak do poprzedniego tematu, Anide. Po prostu już bardzo wiele lat temu mi się to znudziło. Wszystko wyglądało tak samo – narodziny, zakręty życiowe i śmierć. Przez ten sam scenariusz powtarzający sie cały czas, zaczynałem powoli wariować. W końcu więc powierzyłem losy zwykłych śmiertelników moim uczennicom, które przed tobą oto w tej kolumnie pobierały u mnie nauki. Jednak teraz zaczyna się prawdziwa gra. Co prawda karty są dopiero tasowane i przydzielane do graczy, to jednak gra ta wygląda obiecująco i prawdopodobnie jej wynik wpłynie na losy całego wszechświata.. Chociaż nie jestem do tej zabawy zaproszony, Anide, to jednak spróbuję się wprosić i co nieco utrzeć tej zasmarkanej Radzie nosa.

Anide roześmiał się.

– Co więc zamierzasz zrobić, mistrzu? – spytała, mrużąc kocie ślepia.

Nic jednak nie odpowiedział. Wstał z łoża, podszedł do okna i rozsunął kotary, wpuszczając tym samym do pomieszczenia trochę światła. Anide zamknęła oczy, oślepiona blaskiem bijącym zza okna.

– Co zrobisz, mistrzu? – powtórzyła pytanie czerwonowłosa.

– Na razie nie mam pojęcia, ale wiem, że nie ujdzie mi to wcale na sucho – odparł, odrywając wzrok od połaci łąk i lasów rozciągających się za oknem. – Ale nie tylko ja odczuję to na skórze. Rada pożałuje, że ze mną zadarła…

***

Z słuchawkami na uszach, w ciepłej bluzie i ciemnych jeansach szła ulicą, nie zwracając uwagi na ludzi, których mijała. Czasami z kimś lekko stykała się ramiona lub przypadkiem nadeptywała trampek jakiegoś rozwydrzonego dzieciaka. Jej jednak w ogóle to nie obchodziło. Ignorowała spojrzenia tych szarych, bezbarwnych postaci. Była tylko ona i muzyka płynąca przez kabel z smartfona.

Gdyby ktoś zobaczył ją tego dnia po raz pierwszy w życiu, zapewne stwierdziłby, że jest niemiła, gburowata i wiecznie zła na cały świat. Myliłby się. Tak naprawdę Usagi Tsukino taka nie była. Zawsze chodziła uśmiechnięta, rozgadana. Każdemu służyła dobrą radą, pomocą. Każdego potrafiła obronić, chociaż nikt nie spodziewałby się tego po jej niskim wzroście i smukłych kończynach.

Ale tego dnia Usagi miała wyjątkowo zły dzień – dostała dwie uwagi i trzy stopnie dopuszczające, a na dodatek pokłóciła się ze swoja najlepszą koleżanką Naru.  Tak więc nie pozostało jej nic innego, jak zarzucić kaptur na głowę. włożyć słuchawki do uszy i odciąć się od realnego świata ścianą beznadziejnie dołującej muzyki. „Może mi to pomoże” – myślała za każdym razem, kiedy wybierała playlistę numer 9 i podkręcała poziom głośności muzyki na maksa. Tak naprawdę to dołująca muzyka wcale jej nie pomagała. Czuła się tylko coraz gorzej i, gdy już wracała do domu, była zmęczona oraz zła na wszystko i na wszystkich, chociaż wcale nie miała ku temu żadnych sensownych powodów.

– Never opened myself this way / Life is ours, we live it our way / All these words I don’t just say / And nothing else matters – nuciła cicho razem z zespołem Metallica, próbując w myślach ułożyć początek tego beznadziejnego dnia. – Trust I seek and I find… – przerwała nagle, jednym szarpnięciem wyciągając z uszu słuchawki i przystanęła. Skądś z daleka zaczynały nadchodzić niepokojące wibracje, które przenikały przez asfalt, podeszwy butów i całe ciało. Po chwili wszystko zaczęło drżeć, trząść się – budynki, znaki drogowe, drzewa.

„Trzęsienie ziemi” – pomyślała z przestrachem. Nie wiedziała zupełnie co robić. Uciekać? Schować się gdzieś? Czy może tak stać na ulicy? Przecież tak wiele razy mówiono jej w szkole, co robić w takich sytuacjach, ale nie, teraz musiała o wszystkim zapomnieć!

– Uważaj! – usłyszała za sobą, jednak nie wykonała żadnego ruchu. Stała tak niczym słup lodu, nieświadoma tego, że wokół niej zaczynają zapadać się budynki. Po chwili poczuła, jak coś twardego uderza ją w głowę, a po ciele rozchodzi sie przyjemne ciepło.

A potem nastała ciemność…

***

Wracam!